Nazywam się Olga i … morsuję.

O morsach słyszymy co roku, przy okazji zimy. Pokazywani są jako pozytywnie zakręceni wyczynowcy- ludzie wchodzący do lodowatej wody, w środku zimy, odziani jedynie w stroje kąpielowe, czapki i rękawiczki, którzy mówią, że robią to dla zdrowia i dobrego samopoczucia.

Ale wyjątkowy rok 2020, sprawił, że morsowanie znacznie zyskało na popularności, stało się wręcz „gwiazdą internetów” i zakrawa na sport narodowy.

Morsy doczekały się setek artykułów, dziesiątek tysięcy zdjęć, filmów i relacji w mediach społecznościowych, galerii memów, no a przede wszystkim całej rzeszy nowych śmiałków, w tym wielu znanych i medialnych twarzy.

Podobno nie ważne co, ważne żeby mówili. Ta zasada z pewnością przyczyniła się do spopularyzowania tej ekstremalne aktywności. Swoją drogą naprawdę  bawią mnie te wszystkie memy (tak samo jak bawiły wcześniejsze o Grażynach, Januszach, biegaczach, weganach…).

Powody, dla których ludzie decydują się na pierwsze wejście do lodowatej wody są różne. Dla jednych to po prostu challenge i jednorazowa akcja pod tytułem „zrób mi zdjęcie”, ale dla wielu jest to odwlekane przez lata marzenie, dla innych postanowienie noworoczne lub chęć zadbania o zdrowie (w dobie pandemii łapiemy się wszelkich sposobów podnoszących odporność, a morsowanie do nich należy), natomiast czasem to zwykła ciekawość.

Jedno jest pewne – to doświadczenie niezapomniane i transformujące i naprawdę warto zrobić to dla siebie, w zgodzie ze sobą.

Morsowanie to dla naszego ciała i umysłu wydarzenie ekstremalne, a z punku widzenia czasów w jakich żyjemy, poziomu rozwoju, jest wręcz wbrew logice- to w końcu przeciwieństwo ciepła, wygody i komfortu (stąd zazwyczaj tyle gapiów i fotoreporterów na brzegu, no i niezliczona ilość pytań czy nie jest nam zimno 😉).

Naturalną reakcją gdy wchodzimy do lodowatej wody jest przyspieszone bicie serca i przyspieszony oddech, mogą one wzbudzić w nas niepokój i nawet przestraszyć (widywałam osoby, które były bliskie paniki i chciały natychmiast wychodzić). Skutecznym sposobem na poradzenie sobie z tym szokiem, jest skupienie się na oddechu, co pozwala szybko przywrócić spokój i opanowanie.

Sprawdza się też stopniowe oswajanie z zimnem, na przykład poprzez stosowane w domu zimne prysznice lub rozpoczęcie praktyki jeszcze przed sezonem jesienno-zimowym. Wówczas mamy szansę przeżywać morsowanie nie tylko z poziomu ciała, ale również z poziomu umysłu-obserwatora i zauważyć jak nasze ciało po chwili oswaja się z trudnymi warunkami i jakie ciekawe reakcje w nim zachodzą.

Bo sęk w tym, że w trakcie morsowania może i jest zimno, ale gdy wchodzi się do wody z maksymalną uważnością na to doświadczenie i na siebie, to jesteśmy w stanie zauważyć całą gamę doznać i odczuć, zarówno tych z poziomu ciała, jak i ducha.

Ja osobiście słowo „zimno” zastąpiłabym wyrażeniem  „kłująco- piekąco”, bo mam wrażenie, że w moje ciało najpierw wbija się tysiące igieł, które po chwili zaczynają mnie jakby kłuć od środka, po czym odczuwam coraz większy gorąc wyobrażając sobie, że ktoś przypieka mnie od środka rozżarzonym węgielkiem. Dodatkowych wrażeń dostarcza wyjście z wody, ale tylko na chwilę (zazwyczaj wtedy truchtam lub podskakuję) i ponowne zanurzenie- nie dość, że woda wydaje się wtedy dużo cieplejsza to nasze ciało jest jakby z żelaza, z zewnątrz całe zaczerwienione i napięte do granic możliwości i jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, pojawia się uczucie komfortu.

Co ważne, po morsowaniu ubieram się w tempie ekspresowym. Zakładam na siebie ciepłe ubrania i czeka na mnie zawsze kubek termiczny wypełniony gorącym naparem imbirowym, do tego praktykuję ćwiczenia izometryczne, rozgrzewające organizm (Andrzej Hrycaj – instruktor metody Wima Hofa).

A co najważniejsze, to wszystko w najbardziej doborowym towarzystwie jakie tylko można sobie wyobrazić. ( społeczność Morza Aniołów).

Moja przygoda z wchodzeniem do morza rozpoczęła się w połowie czerwca 2020, gdy w magiczny sposób przyciągnęła mnie na sopocką plażę otwartość, szczerość i niesamowita energia cudownej kobiety, artystycznej duszy i wyjątkowej fotografki Joanny S-Grzybowskiej (Photography Love Joanna S-Grzybowska). Jej historia i niezwykła osobowość zainspirowały mnie by dołączyć do jej osobistej praktyki witania dnia o wschodzie słońca w Morzu Bałtyckim. O szczegółach tej praktyki napiszę Wam wkrótce, bo to zdecydowanie temat na osobny wpis.  

A wracając do morsowania- tak właśnie wygląda to od strony technicznej, ale wiadomo- najlepsze jest niewidoczne dla oczu.

Już po pierwszym wejściu wiesz, że możesz więcej niż myślisz, że możesz. To wyjście poza strefę komfortu, pokonanie swoich ograniczeń i lęków. A te zasoby, zostają z Tobą na całe życie (mam tę moc, mam tę moooooc!!!).

Do tego wyrzut endorfin i przyspieszone krążenie, które dodają Ci energii na cały dzień.

Regularna praktyka hartuje organizm na działanie zimna tym samym podnosząc odporność, ale jest jeszcze cała lista korzyści dla naszej psychiki.

Regularny kontakt z zimną wodą obniża napięcie, zwiększa tolerancję na stres, poprawia kontakt ze sobą, z intuicją, z ciałem, pomaga uwalniać emocje z ciała.

Morsowanie łagodzi bóle mięśni i stawów, przyspiesza ich regenerację po treningu.

No i drogie panie i panowie- ujędrnia, kształtuje i podnosi 😊.

Jeśli chodzi o niezbędny ekwipunek- nie jest tego wiele:

  • strój kąpielowy,
  • ręcznik,
  • mata, na którą możesz stanąć,
  • przydaje się też czapka
  • i coś ciepłego do picia
  • buty i rękawice neoprenowe to kwestia dyskusyjna, podobno lepiej być w wodzie krócej bez nich, niż morsować dłużej w tym specjalistycznym odzieniu.

Ale najważniejsza jest Twoja decyzja, gotowość mentalna i nastawienie.

Moment, kiedy już idziesz w tę wodę, to naprawdę moment mocy.

,,Jeśli nie spróbujesz, nigdy nie dowiesz się czy było warto”

I mówi ci to, już dzisiaj były, ale kiedyś największy zmarźlak, w głowie mi się nie mieściło dlaczego, jak i po co ludzie to robią. Od czerwca 2020 roku przynajmniej raz w tygodniu wchodzę do Morza Bałtyckiego, a każdy dzień zaczynam zimnym prysznicem. O korzyściach tej praktyki napiszę niebawem.

A tym czasem z serca zachęcam Cię do poszukania najbliższego zbiornika wodnego lub grupy ludzi, którzy morsują w Twojej okolicy (zdaje się, że naprawdę nie powinno być z tym już większego problemu) i postawienia tego pierwszego kroku.

Ale, uwaga, z zachowaniem wszelkich możliwych zasad bezpieczeństwa. Już wcześniej podkreślałam, że jest to praktyka z grupy ekstremalnych, więc warto się do niej przygotować, upewnić czy nie mamy przeciwskazań medycznych (problemy z sercem i krążeniem, choroby mózgu, borelioza, padaczka czy nadciśnienie tętnicze).

No i jak każda rzecz w życiu- w kontakcie ze sobą. To, że inni wytrzymują w lodowatej wodzie długo nie oznacza, że i Tobie będzie to służyć. Mamy różne sylwetki, inny tryb życia, różne diety. Lepiej o pół minuty krócej, niż pół minuty za długo.

O tym jakie to ważne i o czym jeszcze warto pamiętać pisze bardzo szczegółowo Joanna na swoim fanpage Joanna S-Grzybowska Photography Love.

Być może spróbujesz i okaże się, że nie jest to dla Ciebie, ale jeśli połkniesz bakcyla to jestem przekonana, że już po kilku razach poczujesz się innym człowiekiem.

W końcu nawet najdalsza podróż, zaczyna się od pierwszego kroku.